moje zycie, moja tworczosc
  Sielanka
 

Lato było tego roku piękne, ciepłe i słoneczne ale nie suche, można by rzec: idealna pogoda dla ludzi zwierząt i natury. W dzień świeciło słońce, nocami padał ożywczy deszcz, radowały się więc urodzajne pola, gospodarze i mieszkańcy wsi.

Pod dom państwa Dobrońskich podjechał samochód, z którego wysiadł przystojny mężczyzna, w wieku około 40-tu lat. Ubrany był starannie w jasna marynarkę sportowego kroju i dżinsy. Kiedy zbliżył się do ogrodu przydomowego, ujrzał kobietę pracującą w nim: miała na sobie kapelusz z dużym rondem i rękawice potrzebne po to, aby uchronić dłonie przed zgubnym wpływem czarnej ziemi i nawozów na skórę. Spod kapelusza wymykały się kosmyki ciemnych długich włosów, upiętych w jakiś dziwny węzeł nad karkiem.

- Dzień dobry, nazywam się Borecki, byłem na dziś umówiony z panem Dobrońskim – zawołał sponad dzielącego ich płotu.

- Dzień dobry, proszę wejść – odpowiedziała kobieta wstając – mąż jest w polu, dogląda prac. Zechce pan poczekać w moim towarzystwie?

- Oczywiście, będzie mi niezmiernie miło – odparł czując, że to prawda. Kobieta była urocza, delikatna i tak bardzo kobieca w tym stroju ogrodniczki z burzą niesfornych, pozornie spiętych w kok włosów. Ich niepokorne pasma zdradzały charakter właścicielki.

- Proszę, może poczeka pan tutaj, w pokoju dziennym, zaraz do pana wrócę, przebiorę się tylko i trochę umyję. Co mogę panu zaproponować? Kawa, herbata, coś chłodnego do picia? Może jest pan głodny?

- Dziękuję, jestem właśnie po śniadaniu, ale bardzo chętnie napije się kawy

- Agnieszko! – zawołała gospodyni w głąb korytarza – bądź uprzejma podać panu kawę i przynieś też dla mnie herbatę lipową, bardzo proszę!

Gość rozglądał się po skromnie aczkolwiek gustownie urządzonym pokoju z wyjściem prowadzącym na werandę a stamtąd do ogrodu. W oknach powiewały delikatne firanki kremowej barwy, zasłonki były zielonkawe: ich chłodna barwa przywodziła na myśl toń głębokiej wody i dawała wrażenie podobnego do niej chłodu.

Ściany były pastelowo-miodowe, wykończone białą gipsową sztukaterią, sufit tradycyjnie biały, również z gipsowymi zdobieniami. Na pięknej, drewnianej podłodze leżał kremowy, miękki dywan, tak miły z wyglądu, że aż niezręcznie było deptać po nim butami. Nie wypadało jednak ich zdjąć, Borecki przeszedł więc po nim aby niebawem zasiąść w miękkim fotelu, zapadł się w niego i nieoczekiwanie dla samego siebie, rozmarzył.

Ten dworek miał w sobie niewątpliwie coś magicznego, miłego, przyciągającego. Poczuł, że kiedy stąd odjedzie, zawsze już będzie tęsknił za ta nieuchwytną atmosferą życzliwości i spokoju.

- Już jestem do pana dyspozycji – z zamyślenia wyrwał go głos pani Dobrońskiej – jak się panu podoba dzieło mojego męża? Nie wiem, czy pan się orientuje, ale on niemalże własnoręcznie odnowił ten piękny budynek, który zaniedbały władze poprzedniego ustroju.

- Pięknie tu, u Państwa. Przede wszystkim tak spokojnie i miło, nie umiem nazwać słowami tego, co właśnie czuję. – mówiąc to spojrzał w jej oczy i … przepadł, utonął, zapomniał, co chciał jeszcze powiedzieć. Te wielkie zielone zwierciadła zauroczyły go niespodziewanie, żeby pokryć zmieszanie wstał i kiedy pani domu usiadła na sofie, on zajął ponownie miejsce w swoim fotelu. Sięgnął po filiżankę i dopił stygnącą już kawę. Ona wypiła z wdziękiem swoje ziółka i zaproponowała przechadzkę

- Możemy wyruszyć drogą prowadzącą na pole, obejrzy pan sobie efekty pracy męża a właściwie naszych pracowników – uśmiechnęła uroczo

- Bardzo chętnie, liczę oczywiście na pani towarzystwo

- Naturalnie, nie puściłabym pana samego, jeszcze gdzieś by pan zginął i mąż nie darowałby mi tego. Myślę, że spotkamy go zresztą, będzie chyba niedługo wracał do domu na obiad.

- Obiad? Tak wcześnie?

- No tak, żyjemy takim rytmem jak ludzie na wsi, obiad jadamy około 13-tej – wyjaśniła gospodyni.

Wyszli z domu przez ogród i wędrowali ścieżynkami przez poletka, przechodzili obok lasku. Powietrze było jak balsam na zmęczone miejskimi wyziewami płuca, koiło i sprawiało, ze chciało się żyć i radować i krzyczeć z tej radości. Oczywiście, Borecki nie pozwoliłby sobie na krzyk w obecności tej niezwykłej kobiety, chociaż wydawało mu się, że zrozumiałaby go.

- Nie ma pan pojęcia – zwróciła się do niego nagle – jak bardzo pokochałam to miejsce, gdy przyjechałam tu z moim obecnym mężem 10 lat temu. Wtedy byliśmy.. jakby to ująć.. przyjaciółmi?

- Tak, słyszałem, że pan Dobroński ożenił się powtórnie i to stosunkowo niedawno.

- Właśnie.. No więc, jak powiedziałam, już wtedy zakochałam się w Dobrawodzie i od tego czasu marzyłam o tym, żeby móc zamieszkać na wsi. Problemem są tylko dojazdy syna do szkoły, na szczęście mamy sąsiada, który zazwyczaj rano wyjeżdża w stronę miasta i po południu wraca.

W tym momencie spostrzegli sylwetkę mężczyzny idącego ku nim. Pani Dobrońska uśmiechnęła się promiennie i gość domyślił się, że ma przed sobą jej męża.

- Dzień dobry, witam pana! - zawołał tenże uśmiechając się – przepraszam, ale musiałem najpierw wypełnić obowiązki względem matki-ziemi – zażartował

- Dzień dobry, nie szkodzi, bardzo miło spędziłem ten czas oczekiwania na pana – odparł Borecki – pana żona była tak miła i dotrzymała mi towarzystwa

Kiedy zbliżyli się do siebie i uścisnęli dłonie, zauważył, że małżonków dzieli znaczna różnica wieku. Ale patrzeli na siebie wciąż jak dopiero niedawno zakochani. W jej zielonych oczach wyczytał podziw dla męża. Jego brązowe oczy patrzyły na nią z uwielbieniem.

Nagle poczuł się niezręcznie w obliczu myśli, które naszły go, gdy rozmawiał z nią w pokoju dziennym, zrobiła bowiem na nim ogromne wrażenie. Poczuł, że chętnie by ją posiadł, ale sam nie chciał się teraz przyznać przed sobą do tego pomysłu. Takie niedozwolone myśli towarzyszą przecież każdemu człowiekowi, lecz wypiera się ich, bo wydają się nieeleganckie, nie na miejscu, mało ludzkie a wręcz zwierzęce.

Wrócili razem do domu i panowie zamknęli się w gabinecie gospodarza, zaś pani Dobrońska poszła do kuchni przypilnować przygotowań do obiadu: gotowano tu bardzo duże ilości potraw, nie tylko dla mieszkańców, ale także dla gości pensjonatu agroturystycznego, który znajdował się niedaleko, a który powstał oczywiście z pomysłu jej przedsiębiorczego męża. W kuchni zatrudniano specjalistki – okoliczne gospodynie, nie trzeba było więc pilnować ich w czasie pracy: wiedziały o gotowaniu wszystko, a ponieważ na wsi panowało duże bezrobocie, wdzięczność za możliwość„dorobienia” do mężowskich dochodów nie pozwalała na jakiekolwiek przejawy nieuczciwości z ich strony.

Ponieważ do obiadu pozostało jeszcze trochę czasu, pani domu postanowiła zasiąść do swojego ulubionego zajęcia, jakim było pisanie. Pisała ona bowiem wiersze, opowiadania, a także powieści, lecz to zdarzało się jej rzadziej: wolała małe formy literackie, nie lubiła niekiedy wracać kilkakrotnie do tego samego materiału, do tematu, który nie budził już dreszczyku emocji. Tematem jej utworów była przede wszystkim miłość, historie interesujących osób, które miała okazję poznać, ale także zdarzało się jej „popełniać” opowiadania erotyczne czy wręcz pornograficzne, te wydawała jednak pod pseudonimem, gdyż nie chciała narażać małżonka na nieprzyjemności: sama nie dbała o opinie innych ludzi, cechował ją pewnego rodzaju psychiczny ekshibicjonizm, nie do końca akceptowany przez męża. Tym razem miała do napisania opowiadanie zamówione przez jedno z czasopism, z którymi współpracowała. Nie lubiła pisać na zamówienie, to ograniczało swobodę jej myśli i fantazji a także opóźniało zazwyczaj moment nadejścia weny twórczej, nie mogła jednak zawieść oczekujących na opowiadanie redaktorów postanowiła więc zabrać się do pracy jak najprędzej. Zajęta pracą, nawet nie zauważyła, kiedy zbliżyła się pora obiadu: należało pospieszyć się, aby być w jadalni przed mężczyznami i przygotować stół, przynieść wszelkie potrawy i przyprawy, przybrać nieco stół kwiatami z jej ogródka i dopiąć wszystko na ostatni guzik, jak co dzień.

Pani domu postanowiła też przygotować jeszcze przed obiadem pokój gościnny, tak, na wszelki wypadek, gdyby gość zechciał nocować u nich.

Kiedy zakładała białe powłoczki na pościel, z czyściutkiego materiału unosiła się cudowna woń świeżości zmieszana z zapachem wiejskiego powietrza, jako, że pranie suszone było oczywiście na dworze. Bardzo mile łaskotała ona nozdrza i przywodziła na myśl dzieciństwo: zawsze, kiedy to robiła, widziała siebie jako małą dziewczynkę w białym, krochmalonym, sztywnym łóżeczku, której to sztywności nigdy nie lubiła, nie stosowała, więc mączki ziemniaczanej w swoim domu. Pomyślała, że przydałby się w pokoju jakiś miły akcent, wyszła wiec do ogrodu i nacięła naręcze róż, które włożyła do wazonu i postawiła na stoliku w sypialni dla gości.

W tym czasie z miasta przyjechał synek Pani Marty (bo tak miała na imię nasza bohaterka) i napełnił gwarem cały dom, jak zawsze zresztą. Dziecko było bardzo żywe i nie potrafiło spokojnie usiedzieć w jednym miejscu, nawet lekarze nie potrafili nic na to poradzić, ale kiedy wyładował swoją energię w ciągu dnia, mógł się po południu skupić nad zadaniami domowymi i miał bardzo dobre wyniki w nauce. Rodzice musieli mu jednak zapewniać zajęcia wymagające ruchu i energii, jeździł dwa razy w tygodniu na tańce, ganiał po wsi z innymi dziećmi, kopał piłkę, bawił się w różne gry, ale także pomagał kolegom w pracach gospodarskich u nich i ich rodziców, jak wiadomo, dzieci również mają swoje obowiązki. Marcinek wprawdzie w domu ich nie miewał, ale dla przyjaciół był gotów do największych poświęceń. Pani Dobrońska mówiła, że syn „ma to po niej”: jako dziewczę nastoletnie, nie mające w domu żadnych obowiązków, pomagała przyjaciółce, której mama była dozorczynią, sprzątać klatki schodowe należące do zakresu pracy dozorcy.

Przywitała się z synem bardzo czule, jak zawsze, po prostu nie potrafiła inaczej, była kobietą emanującą ciepłem uczuć, które nosiła w sobie. Uściskali się: pomimo tego, że chłopak miał 11 lat, wciąż jakoś nie umiał odmówić maminych buziaków, chyba czuł, iż zraniłby ją taką postawą, ulegał więc i odwzajemniał pieszczoty.

Tymczasem zbliżała się godzina trzynasta, rodzina Dobrońskich i ich gość zasiedli do stołu w pokoju jadalnym. Na obiad przygotowano tego dnia zupę ogórkową, pieczoną rybę z ziemniakami i zestaw surówek i gotowanych warzyw a na deser mleczną piankę z galaretki i „własnego” mleka, przybraną musem owocowym.

- Wspaniałe jedzenie, pyszny obiad spożyty w przemiłym towarzystwie, bardzo dziękuję za to zaproszenie – z uniesieniem powiedział gość

- Och, nie ma za co, powiem więcej: może pan zostać na noc – uśmiechnął się pan Dobroński – właściwie jestem pewny, że żona przygotowała już dla pana pokój

- Skąd wiesz, Kochanie? – zapytała z uśmiechem pani Marta

- Znam cię już troszkę, nie pamiętasz? – zaśmiał się pan Edmund

- No tak, oczywiście, wiesz przecież, że zawsze pamiętam o takich miłych gościach jak pan Borecki

- pochlebia mi Pani, całkiem niesłusznie – odrzekł wymieniony z nazwiska – nie uczyniłem nic, aby zasłużyć na takie miano, ale zapewniam panią: będę się starał ze wszystkich sił

- przyjmuję pana obietnicę, będę surowo egzekwowała jej wypełnienie – zaśmiała się dźwięcznie pani domu – a teraz proponuje, abyście przeszli panowie do gabinetu, podam wam kawę, jeśli macie ochotę

- oczywiście, prawda, panie Borecki?

- a tak, tak, z miłą chęcią napiję się kawy

- a ty, kochanie, co będziesz robił – tymi słowy pani Dobrońska zwróciła się do syna

- wiesz, mamo, umówiłem się z kolegami, polecimy nad staw, na ryby

- dobrze, ale bądź ostrożny – wtrącił ojczym chłopca – wiesz, jak mama martwi się, kiedy idziecie nad wodę. Niech nie wpadną wam do głowy żadne niemądre pomysły

- ależ, tato, obiecuję, będę uważał jak zawsze

- trzymam cię za słowo, synku. Wierzę, że jesteś odpowiedzialnym chłopcem

Z tymi słowy pan Edmund wstał, ucałował żoniną dłoń i zabrał gościa do swojego gabinetu, pani Dobrońska poszła przygotować obiecaną kawę a Marcin zebrał ze stołu brudne naczynia i odniósł je do kuchni, gdzie panie zajęły się ich zmywaniem. Swego czasu, chcąc być wzorowym chłopcem próbował pomagać przy pracach kuchennych, ale zatwardziałe gospodynie przepędziły go na cztery wiatry: w głowach ich nie mogło pomieścić się zaprzęganie chłopa do babskich prac. Ot, taka jeszcze niewyemancypowana mentalność…

 

                                                           ***

 

Noc była tym razem wyjątkowo upalna i Borecki wiercił się i kręcił nie mogąc zasnąć na dłużej niż pół godziny, po którym to czasie budził się i zasypiał na nowo. Nareszcie, około godziny trzeciej w nocy (a może należałoby powiedzieć: nad ranem) postanowił zejść na dół i przejść się po okolicy. „Może świeże powietrze zdziała cuda?” pomyślał.

Wyszedł do ogrodu i momentalnie pomyślał o Pani domu. Kilkanaście godzin temu widział ją tutaj właśnie, pochyloną nad różami, piękniejszą niż najpiękniejszy z ich pączków. Teraz zaś wokoło panowały pustka i ciemność, kwiaty stały się ledwie rozpoznawalne. Trudno było nawet znaleźć ścieżkę: ten, kto nie był nigdy w takim gospodarstwie, nieoświetlonym, otoczonym lasem – nie może zdawać sobie sprawy z tego, jak mrok potrafi spowić wszystko wokół i uczynić niewidocznym.

Nagle, w tej głuchej dotąd ciszy dał się słyszeć jakiś dźwięk, coś jakby cichy szloch. Borecki udał się w kierunku tego odgłosu, ale wciąż gubił drogę i chwile trwało, zanim dotarł do jego źródła. Ze zdumieniem spostrzegł .. panią Dobrońską. Stanął niczym przysłowiowy słup soli i nie wiedział: podejść bliżej, czy pozostawić tę kobietę sam na sam z jej bólem. Chciał podejść i wziąć ja w ramiona, prosić, aby przekazała mu swoje problemy, taka istota jak ona nie powinna nigdy płakać! „Ale z drugiej strony” - myślał teraz gorączkowo – „co się stanie, jeśli mi nie wybaczy tego, że widziałem ja w chwili słabości?”

Nie wytrzymał jednak, podszedł cicho i przykucnął przed Nią, siedzącą na bujanej ławce.

Przestraszyła się, drgnęła bardzo wyraźnie:

- ach.. Pan Borecki.. przepraszam, jestem w trochę kiepskim stanie – próbowała uśmiechać się, ale jej uśmiech „wypadł” blado

- pani Marto, nie mogłem spać i wyszedłem do ogrodu zaczerpnąć świeżego powietrza, gdy usłyszałem pani płacz. Proszę mi wierzyć, to nie wścibstwo czy ciekawość przywiodły mnie do Pani, lecz chęć niesienia pomocy – tłumaczył teraz gorączkowo swoje najście

- dziękuję Panu, lecz nie może mi pan pomóc

- proszę powiedzieć, co się stało. Może wspólnie znajdziemy wyjście z sytuacji?

- Panie Borecki, powiedziałam przecież, że z tej sytuacji nie ma wyjścia a nie mogę panu udzielić żadnych informacji, jako, że nie dotyczą wyłącznie mnie a zgody tej drugiej osoby na ujawnianie jej spraw – nie mam! – to powiedziawszy wstała i oddaliła się znikając w ciemnościach

Borecki siadł na opuszczonej nagle huśtawce i zamyślił się głęboko. Nie miał zamiaru rozgniewać pani Marty, ale nie potrafił być obojętnym wobec jej cierpienia. Popsuł jednak – w jego mniemaniu – ich dobre stosunki i martwił się teraz również tym.

Do rana nie mógł zasnąć, a kiedy wreszcie mu się udało – spał twardym snem człowieka zmęczonego aż do popołudnia. Kiedy się obudził, wpadł w panikę: toż to oczekiwano go w firmie, jego wspólnik zapewne nie mógł się doczekać wyniku rozmowy z Dobrońskim!

Wstał, wziął szybko prysznic, ubrał się i zszedł na dół. Okazało się, że wszyscy domownicy siedzą właśnie przy stole jedząc obiad.

- Panie Borecki, zapraszam! – zawołał Pan domu wstając z krzesła

- Dziękuję, ale bardzo spieszę się do miasta…

- Niech Pan nie żartuje, przecież nie pojedzie Pan głodny? Proszę coś zjeść, w tej sytuacji kilkanaście minut różnicy w czasie nie ma chyba wielkiego znaczenia?

- Może ma Pan rację, siądę w takim razie z Państwem, będzie mi jak zawsze miło – uśmiechnął się

Podczas trwania posiłku rozmowy toczyły się w takiej przyjaznej i sympatycznej a nawet wesołej atmosferze, że Borecki doszedł do wniosku, iż nocny płacz pani Marty nie był być może wywołany jakimikolwiek tragicznymi wydarzeniami.

Po obiedzie podziękował i pojechał do miasta, na spotkanie ze swoim wspólnikiem. Nie potrafił jedynie zapomnieć zielonych oczu pani Dobrońskiej…

 

                                                           ***

 

- I co, Stachu, mów! Ten stary cwaniak chce wszystko sprzedać?

- tak.. słuchaj, ja nie wiem, ale to dziwna sytuacja – mówił w zamyśleniu Borecki

- jaka dziwna? A co nas to obchodzi? Jest klient – jest kupiec, a my możemy na tym nieźle zarobić.

- oni są tam tacy szczęśliwi.. nie rozumiem, dlaczego chciałby sprzedać coś, co tak ukochali: i on i jego żona…

- no, przyjacielu, w interesach nie należy kierować się sentymentem. Ta transakcja stanowi czysty zysk i mam zamiar go osiągnąć. – tłumaczył wspólnik Boreckiemu

 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (12 wejścia) tutaj!  
 
Ta strona internetowa została utworzona bezpłatnie pod adresem Stronygratis.pl. Czy chcesz też mieć własną stronę internetową?
Darmowa rejestracja